środa, 11 października 2017

Epilog

Żartowałam!
Zapraszam na epilog
Przeczytaj notatkę na końcu;)

Rok później
Violetta
Minął rok. Długi, ciężki rok. Moja córka niedawno świętowała swoje pierwsze urodizny. Powoli już mówi. Raczkuje a nawet chodzi. To złote dziecko. Podobnie jak Marco. Marco ma dopiero trzy miesiące i jest moim oczkiem w głowie. Strasznie przypomina mi swojego ojca.  Mam wyrzuty sumienia, że pozbawiam moje dzieci możliwości życia w pełnej rodzinie. Z tego powodu coraz częściej zaczynam zastanawiać się nad powrotem. Nie wiem tylko, gdzie bym miała zamieszkać. Nie chcę siedzieć żadnemu ze swoich bliskich na głowie. Zresztą, to są też przyjaciele Leona. Boję się, że wtedy nie byłoby odwrotu. Chciałabym, aby moje dzieci miały ojca, ale ja nie chcę się z nim spotykać.
We Francji nie odwiedza mnie nikt oprócz Federica. Tylko jemu ufam. Przez to byłam zmuszona zaufać Ludmile, która ma prawo wiedzieć dokąd i w jakim celu wyjeżdża jej narzeczony. Zabrał ją tutaj raz. Zaraz po porodzie małego. Stwierdził, że przyda się kolejna para rąk do pomocy.
Brakuje mi ich. Brakuje mi moich przyjaciół. To jest kolejna przyczyna tego, że myślę o powrocie. W pewnym momencie pomyślałam nawet o tym, aby wrócić do domu, ale szybko odgoniłam od siebie tę myśl. To był mój dom z Leonem. Po ślubie załatwiliśmy to notarialnie, więc prawnie jest współwłaścicielem. Ma prawo tam mieszkać i nawet jeżeli się z tego zrzeknie to ja nie mam zamiaru go o to prosić. Im mniej będę go widywała tym lepiej. Starczy, że już niedługo go zobaczę. Wniosłam sprawę do sądu o rozwód. W przyszłym tygodniu mam rozprawę. Nie wiem jeszcze, czy zabrać dzieci ze sobą, czy ściągnąć tutaj kogoś. Rozmawiałam z kuzynem, który sądzi, że powinnam je zabrać. Oni się nimi zaopiekują, ale nie powinnam ich tam zostawiać. To zbyt duża odległość. Nie będzie mnie kilka dni. I o ile Destiny była już z wujkiem na wakacjach przez kilka dni, o tyle dla małego Marco to będzie pierwsza taka sytuacja. A on ma trzy miesiące. Wydaje mi się to za mało.
Zastanawiałam się też, czy nie posłać tam tylko mojej prawniczki. Ale zrezygnowałam z tego pomysłu. Boję się go zobaczyć. Boję się i w sumie sama nie wiem czego. Mam nadzieję, że jest szczęśliwy, ale dalej nie potrafię się pogodzić z tym, że to z moją przyjaciółką mnie zdradził.  Nie mniej tęsknię za tym miejscem i chcę się przejść znajomymi ulicami. Spotkać się z Larą, Ludmiłą i resztą.
Myślę, że w tym momencie podjęłam decyzję. Pojedziemy tam wszyscy.
W związku z podjętą decyzją sięgnęłam po laptopa i zabukowałam bilety na lot. Westchnęłam i poszłam nas spakować. Wyciągnęłam walizki i zaczęłam układać do nich swoje, Destiny i Marca rzeczy. Nie brałam dużo, bo będziemy tam maksymalnie tydzień. A co zabraknie, zawsze można kupić. Kiedy byłam już spakowana ponownie wróciłam do laptopa i zaczęłam szukać dla nas jakiegoś noclegu.
#
Leon
Prawdopodobnie za kilka dni spotkam się z moją żoną. Od jej kuzyna wiem, że zastanawia się, czy przylecieć, dlatego nie mogę być tego pewny. Okoliczności, w jakich się spotkamy nie są wymarzone, ale dają mi nadzieję. Od swojego prawnika wiem, że jeżeli nie dam jej rozwodu to sędzia odroczy sprawę i będę miał okazję zawalczyć. Chciałbym z nią pogadać zanim na dobre się rozejdziemy. Nie chcę prać naszych brudów przed sądem. Jeżeli okaże się, że mnie nienawidzi i jest szczęśliwsza beze mnie to dam jej odejść. Chcę, aby była szczęśliwa. Kocham ją i właśnie dlatego jej szczęście jest dla mnie najważniejsze. Nie mniej nie mam zamiaru pozwolić jej, aby rozdzieliła mnie z dziećmi. Chcę móc się z nimi widywać. Z Destiny i Marco. O synu dowiedziałem się niedawno od Włocha, który na bieżąco mnie informował o niektórych sprawach. Nie chciał powiedzieć, gdzie ona jest, bo się bał. Zagroziła, że jak komukolwiek powie to wyjedzie i już nikt nigdy się nie dowie, gdzie ją znaleźć. Nie chciał ryzykować. Rozumiem go. Wiem też, że nie udało mu się z nią porozmawiać na mój temat. Nie chciała go słuchać. To boli, ale na to też nic niestety nie poradzę. Mogę jedynie próbować sam, kiedy w końcu ją zobaczę.
#
To już dzisiaj. Środa. Dzień mojego koszmaru. Wstałem rano, a właściwie zwlokłem się z łóżka w swoim mieszkaniu. Od jakiegoś czasu nie mieszkam w domu, który należał do niej. Mam tam za dużo wspomnieć i to mnie dobijało jeszcze bardziej. Z tego powodu wynająłem mieszkanie w stolicy. Miałem bliżej pracy i żadne z tych pomieszczeń nie budziło we mnie wspomnieć. W firmie również nie jestem już prezesem. Zajmuję się teraz PR’em. Prezesem jest Diego. Nie dawałem rady sam. Zresztą nie miałem nawet do tego głowy. Zaniedbałem firmę i gdyby nie pomoc przyjaciela to musiałbym ogłosić upadłość. Dlatego stwierdziłem, że to on powinien zarządzać firmą. Stwierdził, że to tymczasowe, ale szczerze w to wątpię. Nie wiem, czy wrócę. Jeżeli już, to tylko z Nią.
Na godzinę przed rozprawą siedziałem na ławce przed sądem, mając nadzieję, że uda mi się złapać żonę przed całą akcją i z nią pogadać. Łudziłem się, że uda mi się uniknąć tego, co miało nastąpić.
- Violetta? – Wstałem, widząc zbliżającą się blondynkę. Zmieniła się. Pofarbowała włosy. Przybrała na wadze. Ale to nie zmienia faktu, że ją rozpoznałem. Nadal była piękna. Nadal ją kocham.
#
Violetta­
Szłam z moją prawniczką w stronę gmachu sądu. Słuchałam ją uważnie, kiedy mówiła mi jak sprawy się mają. Nie podobało mi się, że może okazać się, że to nie będzie jedyna rozprawa. Miałam nadzieję, że Leon ułożył sobie życie i da mi odejść.
- Violetta? – Usłyszałam i momentalnie spojrzałam w tamtym kierunku. Poznałam ten głos. Mimo, że nie widzieliśmy się ponad rok, ja bez problemu wiedziałam, kto mnie zaczepił. Spojrzałam na mężczyznę, który miał głos Leona, ale wyglądał przynajmniej dwadzieścia lat starzej. Poszarzała twarz, beznamiętne oczy, zarost. Gdyby nie jego głos i siła z jaką się we mnie wpatrywał, nigdy nie pomyślałabym, że może to być Leon. Coś ukłuło mnie w serce, ale poczułam dłoń swojej prawniczki na ramieniu, która pociągnęła mnie w stronę budynku. Obróciłam się, patrząc jeszcze na Leona.
#
- Nie dam Ci rozwodu – usłyszałam od Leona, kiedy ten mógł się wypowiedzieć.
- Dlaczego nie?! Zdradziłeś mnie, a teraz chcesz stawiać warunki?! – Wstałam, nie zważając na protesty swojego pełnomocnika.
- Pani Castillo – rzuciła sędzina – miała Pani swój czas. Niech teraz wypowie się pani mąż.
- Verdas. Nie rozwiedliśmy się jeszcze. Ona nazywa się Verdas – usłyszałam i spojrzałam w stronę mojego męża. Niechętnie usiadłam. – Nie zdradziłem Cię – powiedział, patrząc na mnie. Już chciałam coś powiedzieć, ale widząc wzrok sędziny i adwokat zrezygnowałam. – To jest nieporozumienie. Dlatego nie dam Ci rozwodu dopóki ze mną nie porozmawiasz.
- Nie masz prawa stawiać mi ultimatum – wycedziłam i usłyszałam dźwięk młotka. Spojrzałam na wysoki sąd i przeprosiłam.
- Naprawdę chcesz wywlekać brudy? Wszyscy nasi znajomi wiedzą jak było. Kto stanie po Twojej stronie? Mam wywlekać to, jak wywiozłaś moją córkę i zabrałaś mi możliwość w uczestniczeniu w jej życiu? Mam wywlekać to, jak nie powiedziałaś mi o ciąży i mój syn ma już trzy miesiące, a ja go wciąż nie poznałem. – Spojrzałam na niego, zdziwiona słowami, które wypowiadał. – Znasz mnie. Nie odpuszczę.
- Skąd? – Westchnęłam.
- Nieważne. To wszystko, co chciałem powiedzieć. Nie dam żonie rozwodu. – Zakończył, a ja wstałam.
- Mogę coś powiedzieć? – Skierowałam się w stronę najwyższej instancji, a kiedy spostrzegłam ruch głową zaczęłam mówić. – Myślę, że nie ma sensu tutaj dalej siedzieć. Jesteśmy dorośli. Mogę porozmawiać z Leonem. Walczyć będziemy na następnej rozprawie. Powiedział, że nie da mi rozwodu, dopóki nie porozmawiamy. Porozmawiam z nim i załatwimy wszystko na następnej rozprawie. – Usiadłam.
#
Opuściłam salę, na której była rozprawa i podziękowałam swojej prawniczce, po czym postanowiłam poczekać na Leona. Chciałam to mieć jak najszybciej z głowy.
- Tęskniłem – usłyszałam cichy szept, na co tylko prychnęłam. Spojrzałam na niego i skierowałam się w stronę wyjścia. Poszedł za mną. Milczeliśmy przez całą drogę do parku. Usiadłam na pierwszej ławce i spojrzałam przed siebie. Nie patrzyłam na niego. – Powiedz mi, że jesteś szczęśliwsza beze mnie, że ułożyłaś sobie życie, a obiecuję, że opowiem Ci jak było i jak najszybciej dam Ci ten cholerny rozwód – usłyszałam, co spowodowało, że na niego spojrzałam. Czy byłam szczęśliwa? Szczęśliwsza niż kiedyś, kiedy byłam z nim. Byłam szczęśliwa, bo miałam dzieci, ale wciąż go kochałam i do szczęścia brakowało mi właśnie jego.
- Jestem szczęśliwa – skłamałam , patrząc mu prosto w oczy. Sam stawiał takie warunki.
- Fran była prześladowana – westchnął. – Namawiałaś ją do powrotu do życia i tamten facet, którego razem wybrałyście zaczął ją nachodzić. Bała się go. Tobie nic nie mówiła, bo byłaś w ciąży. Nie chciała Cię denerwować – zaczął, a ja zasłoniłam usta ręką – powiedziałem mu kiedyś, że ma się odczepić od mojej kobiety. Nie zareagował. Pocałowałem ją, to fakt. Ale to nie był taki pocałunek, jaki miałem przeznaczony dla Ciebie. Po prostu nasze wargi się połączyły. Na dłużej. Ale nic poza tym. Siedział obok. – Wzruszył ramionami, a mi łza poleciała po policzku. Miałam gdzieś, że się pocałowali. Ja też nie raz całowałam w usta Diego. To był przyjacielski pocałunek. Bolało mnie to, że ktoś prześladował moją przyjaciółkę – nie wyszło. Nasza reakcja na Ciebie była jednoznaczna. Fran się załamała. Obwinia się. Wpadła w depresję. Wylądowała w szpitalu po próbie samobójczej – zawahał się, a ja już nie kryłam łez. Moja przyjaciółka próbowała odebrać sobie życie. Przeze mnie. – Ze mną nie było lepiej. Gdyby nie Diego i Fede… Oni kazali mi żyć. Jak nie dla siebie to dla Destiny. A potem dowiedziałem się o Marco. Chyba tylko dzięki nim spotykamy się dzisiaj. W innym wypadku miałabyś mnie z głowy. Ale przekonali mnie, że moje, nasze dzieci mogą kiedyś zechcieć mnie poznać, że może kiedyś Ty je tutaj przywieziesz. Więc zacząłem egzystować. Więcej nie musisz wiedzieć. Niech pismo z kolejnym terminem przyślą do mojego prawnika. Nie mieszkam już w naszym domu. Nie jestem też prezesem firmy. Nie pojawię się na kolejnej rozprawie. Wybacz, ale nie będę ukrywał, że mnie to nie rusza. Kocham Cię i skoro jesteś szczęśliwsza beze mnie to bądź. Ale ja nie chcę na to patrzeć. Mój obrońca umówi się z Tobą, aby ustalić terminy odwiedzin. Nie zabiorę Ci dzieci. Ale chce je widywać. – Słuchałam wszystkiego, chowając twarz w dłonie. Usłyszałam jak wstaje – żegnaj – odszedł. A ja po raz kolejny przez niego płakałam. Cholera. Przez to, że nie dałam im się wytłumaczyć, że nie zaufałam mogłam stracić najważniejsze osoby w moim życiu.
- Leon! – Zawołałam, ale jego już nie było. Drżącymi rękoma wyciągnęłam telefon z torebki i wybrałam numer kuzyna. Sama poszłam w stronę firmy, której niegdyś prezesem był mój mąż. – Przyjedź po mnie za godzinę do firmy – wychlipałam. – Idę tam spotkać się z Larą, Diego albo kimkolwiek, kto będzie wiedział, gdzie szukać Leona. Przepraszam Fede, że nie dałam Ci dojść do słowa. Wiedziałeś, prawda?
- Wiedziałem. – Usłyszałam – nic nie szkodzi. Rozumiem, że wszystko Ci powiedział i odszedł. Spróbuję do niego zadzwonić i jeżeli go namierzę to dam Ci znać i wtedy przyjadę wcześniej. Walcz, o miłość. – Rozłączyłam się i szybko poszłam do firmy.
#
Miałam nadzieję, że na recepcji zobaczę Fran. Przeproszę ją i umówię się na rozmowę. Niestety nie udało mi się. Na recepcji była Lara, która podbiegła do mnie, kiedy tylko mnie zobaczyła.
- Wybacz, nie mam czasu. Możesz mi powiedzieć gdzie jest Leon? Nie mam jego telefonu. A muszę z nim porozmawiać. – Wyrecytowałam i po chwili byłam wzięta w ramiona przez jej narzeczonego.
- Leon jest w domu. Właśnie z nim rozmawiałem. Nie jesteście jeszcze po rozwodzie… - Zaczął szatyn.
- I nie będziemy. – Przerwałam mu. – Muszę tylko znaleźć Leona. Obiecuję Wam, że spotkamy się i pogadamy, ale najpierw Leon – zagryzłam wargę i ponownie zadzwoniłam do Federa.
- Zawiozę Cię. Fede niech dowiezie dzieci. Ucieszy się – powiedział Diego, który przysłuchiwał się naszej rozmowie. Kiwnęłam głową i poinformowałam o pomyśle swojego kuzyna.
- Lara, miałabym prośbę. Umówiłabyś spotkanie w jakiejś knajpce? Wy, Fede z Ludmiłą, Leon, Fran, ja i maluchy? Tylko niech Fran nie wie, że będę. Leona sama poinformuję. A do reszty byś zadzwoniła? Podam Ci mój numer.
- Jasne. Wbijesz go w telefon Diega. Lećcie już. – Uśmiechnęłam się i poczułam jak mężczyzna ciągnie mnie do windy.
#
Denerwowałam się jak cholera. Stałam przed drzwiami do mieszkania mojego męża i czekałam aż mi otworzy. Niecierpliwiłam się, przestępując z nogi na nogę. Po chwili drzwi się otworzyły i pojawił się w nich Leon, ubrany w dresy.
- Violetta? – Wyraźnie zdziwił się na mój widok.
- Mogę wejść? – Spytałam niepewnie. Odsunął się od drzwi, pozwalając mi przekroczyć próg mieszkania. – Reagowałam już w parku, ale za późno. Zniknąłeś. – Zaczęłam i spojrzałam na niego. Przyglądał mi się uważnie. – Przepraszam. Strasznie Cię przepraszam. – Zrobiłam krok w jego stronę, ale się cofnął. Zatrzymałam się, a z moich oczu poleciały łzy. – Fede za chwilę przywiezie dzieci. – Westchnęłam. – Pytałeś, czy jestem szczęśliwsza. Jestem. Ale nie jestem szczęśliwa. Znaczy… Jestem, ale nie w pełni. – Uniosłam dłoń, na której wciąż miałam obrączkę – nie zdjęłam jej. Nigdy. Pomimo, że to bolało. Nie chciałam nikogo innego. Jestem szczęśliwa, bo mam dzieci. Ale brakuje mi Ciebie – spojrzałam mu w oczy. – Nie chcę tego rozwodu. Chcę spróbować naprawić nasze relacje – nadal stał niewzruszony. – Leon, proszę. Wybacz mi i spróbujmy. – Spuściłam głowę. Nie chciałam na niego patrzeć. Obawiałam się jego reakcji. Niepotrzebnie. Po chwili poczułam, jak mnie obejmuje. Wtuliłam się w niego mocno i płakałam. Po kilku minutach uniosłam głowę i delikatnie, niepewnie musnęłam jego usta. – Kocham Cię. Nigdy nie przestałam i nigdy nie przestanę. Przepraszam.
- Cii. Mogliśmy Ci powiedzieć. Ale ciąża… – Westchnął i teraz to on mnie pocałował. Dłużej, pewniej i z tęsknotą. – Kocham Cię. Zawsze. – Szepnął, ocierając mi łzy z policzków.
- Wróćmy do domu. Polecę do Francji po rzeczy i wróćmy do naszego domu.
- Polecimy razem. Nie pozwolę Ci odejść, skoro Cię odzyskałem. – Uśmiechnęłam się szeroko i ponownie się w niego wtuliłam. Usłyszeliśmy dźwięk wiadomości. Sięgnęłam po swój telefon i przeczytałam wiadomość od Lary.
- Wieczorem idziemy na kolację. Będziemy my, dzieci, Fran, Diego z Larą i Fede z Ludmiłą. Muszę porozmawiać z Fran. Nie chcę jej dłużej męczyć. Nie jesteś zły?
- Nie. My mamy całe życie przed sobą – zagryzłam wargę i tym razem ktoś zadzwonił do drzwi. Zaśmialiśmy się i sama je otworzyłam.
- Widzę, że wszystko dobrze – zaśmiał się Fede i podał mi nosidełko. Destiny niepewnie weszła do mieszkania. – O kolacji wiem. Będziemy. Wszyscy poza Wami i Fran się spóźnimy. Będziecie mieć chwilę. Do wieczora. – Pożegnał się i poszedł.
- To jest Twój tata – szepnęłam do córki, ponieważ Marco zasnął. Malutkiej oczy się rozszerzyły i już po chwili poleciała do Leona, który wziął ją na ręce i ściskał mocno. Przyglądałam się temu z boku i wiedziałam już, że podjęłam dobrą decyzję. Położyłam nosideł kona podłodze i ostrożnie wyjęłam z niego syna. Leon postawił Destiny i wziął ode mnie Marco. Uniosłam córkę. – Zostajemy. Będziemy mieszkać z tatą. – Powiedziałam i patrzyłam na swoją rodzinę.
- Kocham Was – usłyszałam. Des się uśmiechnęła.

- My też. Tęskniłam -  wysepleniła moja córka. Podeszłam bliżej i objęliśmy się wszyscy. Spojrzałam w oczy Leona i w końcu zabłysnęły tym blaskiem, który miał w sobie zanim wyjechałam. Wiedziałam, że moje oczy również odzyskały blask. Oboje byliśmy szczęśliwi. A nasze dzieci będą miały pełną rodzinę. Ten dzień nie mógł być lepszy.

***
No i koniec. Dotrwaliśmy.

Dziękuję wszystkim, którzy byli. Na koniec miałabym prośbę do każdego, kto przeczyta epilog. Zostawcie po sobie chociaż kropeczkę. Chciałabym zobaczyć ilu Was jest. 
W trakcie pisania epilogu myślałam, czy nie walnąć katastrofy i zmienić plany. Potem zastanawiałam się, czy nie skończyć na tym, jak on odchodzi. Żeby każdy z Was mógł wymyślić sobie inne zakończenie. A na koniec jednak zostałam przy pierwotnym założeniu, gdzie znalazł się happy end.
Od tego, co planowałam dwa lata temu różni się tylko obecnością Marco. Nie planowałam ciąży. Ale mnie naszło przy pisaniu ostatniego rozdziału, więc jest.
W sumie jestem zadowolona. Oczywiście, że mogło wyjść lepiej. Zawsze może, ale... Myślę, że nie jest źle. Osiągnęłam to, co chciałam osiągnąć.


Jest to ostatni (75) post na tym blogu. Jestem dumna z Was, że wytrwaliście, że pomogliście mi dokończyć to opowiadanie. Bez Was bym tego nie dokonała. Wszyscy o tym wiemy ;)
Nie będę wymieniała poszczególnych osób, bo przez ten okres (równo 3 lata i 7 miesięcy) było Was naprawdę wielu. I każdemu z Was dziękuję i jestem wdzięczna.
Każdy komentarz motywował mnie do pracy. Uwielbiałam czytać Wasze zdanie na temat moich opowiadań i jednorazówek. Jestem zadowolona, że udało mi się tyle osiągnąć.


Na koniec, nie mówię żegnajcie.
Dalej mam książkę, na którą serdecznie zapraszam i bloga. Tam mnie znajdziecie. Piszę z innego konta, jako "Zbuntowana". Ten mail jednak dalej będzie funkcjonował. Pod tego maila jest wattpad. Więc spokojnie możecie się ze mną skontaktować. 
Zapraszam Was wszystkich do siebie:


Nie podaje linka do swojego konta na wattpadzie, bo jak zmieniam nick to się on zmienia. Nie mniej, przez opowiadania możecie przejść do mnie i wyświetli Wam jak wstawię coś nowego. A wstawię. Myślę tylko, co. Jeżeli będziecie chcieli to pójdą te dzieciaczki, a jeżeli nie to mam pomysł na coś innego. Właściwie to mam wiele pomysłów.

Co do przedszkolaków to nie wiem. Mało osób się wypowiedziało, więc poczekam jeszcze zanim podejmę ostateczną decyzję. Nie chcę nikogo zawieść. A wiem, że z czasem coraz gorzej. Jeszcze się nie wkręciłam w nową pracę i wracam wykończona. Bank swoje robi. Masakra jakaś. Ale tego chciałam, co nie? Nie musiałam rezygnować z dotychczasowej pracy, ale zachciało mi się rozwijać :D
Jak dojdzie do tego, że wstawię coś z dzieciaczkami to Was o tym poinformuję, obiecuję!


6 komentarzy:

  1. Cudeńko
    Sylvia Blanco

    OdpowiedzUsuń
  2. Wspaniały❤❤❤

    OdpowiedzUsuń
  3. Muszę tu napisać coś porządnego jutro, jak nie, to zrobię sobie krzywdę...

    OdpowiedzUsuń
  4. Bylam z Tobą od samego początku, wspaniale opowiadanie :)

    OdpowiedzUsuń

Obserwatorzy